O autorze
Jestem poetką. Jestem jajcarą. Polką, duszą, uczennicą, wiedźmą. Kochanką, córką, artystką, przyjaciółką. Świeżą krwią, pasją, ciszą, niewiedzą.

Jak ja kocham Polskę

Spotkałam wróżkę, mówi do mnie: chcesz robić karierę, musisz wyjechać. Moja klientka - bardzo zdolna dziewczyna, pojechała do Kalifornii. Tu była bez szans. Pakuj się i ruszaj. Masz dobre karty.

Uśmiechnęłam się. Kariera. Co za dziwne słowo - nie oswoiłam go. Taka Rihanna na przykład. Ostatnio jeden z portali plotkarskich wyszczególnił ile były warte poszczególne części jej garderoby - ile bikini, ile klapki, ile wisior (Zdjęcia zrobiono na sopockiej plaży.) Kosztowało to jakieś horrendalne pieniądze. Gloryfikowanie takich zbytków wydało mi się niedorzecznie - no ale ja się nie nadaję do tych durnych czasów, w których zamiast czekać na ducha, czeka się na przelew. Poza tym, prawda - wszystko zależy od punktu odniesienia. Oto siadam przy stole - przede mną żytni makaron ze świeżym pesto (sama zrobiłam - z bazylii, orzeszków pinii i sera grana padano - warto było wydać te parę złotych), krążki malinowych mięsistych pomidorów i mozzarelli pod gęstym balsamicznym sosem, karczochy polane najdroższą oliwą na jaką mnie stać (Nigella kazała taką kupować), świeże figi, orzechy włoskie - jednym słowem niebiańska uczta. Siadam i myślę. O ludziach, którzy teraz właśnie głodują. Jest ich całkiem sporo - również w Polsce. Punkt odniesienia...



Gadałam z koleżanką, też piosenkarką. Można o niej powiedzieć - ma farta. Mimo to narzeka: tu się nie da żyć, straszny kraj, w mediach układy, układziki.

Nigdy, ani przez chwilę, nie chciałam stąd wyjechać. Gdy pracowałam nad najnowszym albumem z moją nową kapelą, chodziło mi po głowie - śpiewać po angielsku, iść do ludzi, wycisnąć się z tej hermetycznej biało czerwonej tubki. A potem pomyślałam, że właściwie to nie chcę nigdzie iść. Że tu mi dobrze - tu jest moja prawda i moja dusza. I ona, cholera, jest biało czerwona.

Tu są dzieciaki, które stoją na wiaduktach autostrad i plują na przejeżdżające samochody. Tu są blokowiska, dzwony kościołów nie dające spać w niedzielę rano, babcie w poliestrowych fartuchach modlące się do przydrożnych kapliczek. Mesjasze na mównicach. Krzyże na poboczach dróg, sypana kawa, ogródki działkowe, solidarność. Tu - w wiejskich świetlicach wciąż można posłuchać Okudżawy, ale i tak wszyscy wybierają Weekend. Pranie wisi na balkonach, flagi trzepoczą na antenach aut, niemieckie proszki sprzedawane są z furgonetek, a ryż z truskawkami za złoty pięćdziesiąt w barze mlecznym. Tu są kłosy i maki. Tu się zbiera grzyby. Tu jest Polska.

Moja siostra mieszka na stałe za granicą. Czasem rozmawia z cudzoziemcami o Polakach. Mówią, że jest w nas taki ryt - choćbyśmy i bezbłędnie wtopili się w masę obcego narodu, to i tak, prędzej czy później, nasze pochodzenie zostanie zdemaskowane. Nas prowadzi podświadomość historyczna. My mamy we krwi - jak nikt inny w świecie - prócz tych wszystkich krwinek również martyrologię. I ona wychodzi na wierzch w różnych sytuacjach i nas definiuje. My na przykład będziemy opowiadać się po czyjejś stronie, jeśli uznamy, że tak będzie sprawiedliwie. Pójdziemy na barykady, podczas gdy inni pójdą na kolację. Z uporem godnym lepszej sprawy, będziemy dźwigać koślawe transparenty. Podzielimy się tym co mamy, choćbyśmy mieli niewiele. Nas zawsze będzie cechować asymetria pomiędzy racjonalnym wyborem a idealistycznym zrywem na niekorzyść tego pierwszego.

Dla mnie klasycznym przykładem tego jacy jesteśmy jest nasza gościnność, w ekstremalnych przypadkach realizowana w myśl zasady zastaw się a postaw. Otóż na zachodzie (np. w krajach Beneluksu) jest normą, że jeśli pojawisz się u kogoś w jakieś sprawie i ten ktoś będzie właśnie zasiadał do stołu - szansa na to, że zostaniesz poczęstowany będzie nikła. U nas to zupełnie nie do pomyślenia, żeby gość patrzył jak jesz. To oczywiście banalny przykład, ale dobrze obrazuje różnice kulturowe i nasze podejście do drugiego człowieka.

Myślę sobie, że wszechświat jest wspaniałym organizmem i każdy z jego członków spełnia określoną i potrzebną rolę. Bo przecież, żeby jakaś grupa mogła tylko wzruszyć ramionami, druga powinna - jak ci kapłani świątynni w Biblii, drzeć na sobie szaty. Dialektyka jest pod tym względem nieubłagana - zawsze ma dwa bieguny. Stąd cała dyskusja o naszej rzekomej głupocie historycznej jest pozbawiona sensu. Bo nasze działania są imperatywem, nie wyborem. Tak po prostu. To tak jakby potencjały - te dodatnie i te ujemne kłębiły się w zamkniętym zbiorze i czekały na połączenie - świadomość budzi się tylko w ten sposób. Czyli, gdyby to przedstawić na przykładzie, Praga mogła pozostać nietknięta w czasie wojny właśnie dlatego, że Warszawa została zburzona - ludzkość musiała przeżyć i to i to. Wiem, że to trudne do przyjęcia, bo każdy, rzecz jasna, wolałby znaleźć się w tej „mądrzejszej” grupie. Ale przecież nie ma czegoś takiego jak mądrzejszy / głupszy - jest tylko świadomość całości, lekcja ludzkości.

I w sumie za to Polskę kocham. Że jest taką nauczycielką - sanitariuszką dusz. Nie powinniśmy narzekać na nasz kraj. On jest tym czym jest. Jest piękny i ważny. A ja na pewno w nim zostaję.

Trwa ładowanie komentarzy...